Pokazywanie postów oznaczonych etykietą (P)Olka potrafi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą (P)Olka potrafi. Pokaż wszystkie posty

Wykopany Stary Rok


Bierzesz stare ubrania, swoje, siostry, rodziców i robisz z nich dużą lalkę. Spodnie wypychasz gazetami, ewentualnie trocinami jeśli masz. Zszywasz spodnie w pasie, żeby nic ze środka nie wypadło i doszywasz bluzkę albo koszulę. Ją też wypychasz czym tam masz pod ręką, żeby lalka nabrała ludzkich kształtów. W rękawy wkładasz wypchane skarpetki, albo rajstopy. To będą ręce. Głowę formujesz z gazety, albo możesz użyć balonu, wszystko zależy od kreatywności.  Na stopy wkładasz jakieś stare buty, na głowę czapkę lub perukę i masz gotową lalkę. To jest Año Viejo, czyli Stary Rok. 

Polski folk na równiku. Ciag dalszy

¨Wiesz, żeby było z jajem, ale bez przesadnego chaosu. W tamtym roku było ¨zasiali górale owies¨ i wyszło super, tylko nie mieliśmy dziewczyn, wiec w czterech facetów tańczyliśmy, a na próbach mało co się nie pozabijaliśmy.¨ Tak jakiś czas temu pisałam o przygotowaniach do Festiwalu Kultur, na który dostałam bojowe zadanie postawić układ taneczny (cały tekst przeczytaj TUTAJ). 

Teraz w skrócie o tym jak nam poszło.  (Wszystkich miłośników polskiego folkloru poproszę o opuszczenie tej strony albo przygotowanie się na atak serca (albo innych organów) po przeczytaniu tego, jak się uprawia polski folk na równiku.)

Postawiliśmy Krakowiaka na cztery osoby, z których tylko dwie miały strój krakowski pól-kompletny. U Krakowianki brakowało wianka i fartucha, u Krakowiaka pawie pióra w kapeluszu odchylały się znacząco w prawa stronę. Z braku tańczących Polaków w Ekwadorze, do składu zakwalifikował się Ekwadorczyk, na którego najbardziej pasował strój góralski. Gryzły go jednak spodnie filcowe, wiec się drapał. Za często. Polka wystąpiła w stroju kaszubskim, który wyglądał tak, jakby na każdej granicy miedzy Kaszubami a Ekwadorem rekwirowali mu jakiś element.

Próby odbywały się w domu konsula i zaczynały się od rozgrzewki. Gardła. Dopiero na dźwięk hejnału mariackiego  tancerze wstawali od stołu i tańczyli dopóty, dopóki gospodarz nie dal znaku, że znowu czas na jednego.

Po 5 próbach, tłumaczeniu różnicy miedzy rytmem salsy i krakowiaka, prostowaniu rąk w hołubcach i upewnianiu, że tak, spodnie góralskie maja być takie obcisłe, udało się postawić dwu i półminutowy układ.

Na festiwalu kraje prezentowały się w kolejności alfabetycznej, tylko Chiny się wyłamały ze schematu i wystąpiły jako pierwsze, ale oni mieli dużego smoka i było ich najwięcej, więc to pewnie dlatego.

Kiedy na scenie tańczyła Panama, my zrobiliśmy szybką, podwójną rozgrzewkę. Na scenę wyszliśmy ochoczo, a taniec wyszedł jak wyszedł. Ważne, że nikt nie spadł i że dostaliśmy duże brawa. Później w kuluarach doszły do nas plotki, że podobaliśmy się prawie najbardziej. Ponoć lepszy był tylko Paragwaj, ale oni tańczą z butelkami na głowie, wiec to trochę nie fair play.

Dwa dni później w lokalnej gazecie pojawiło się zdjęcie Krakowianki, Kaszubki i górnika, wiec sukces medialny osiągnęliśmy:)




A ty, jak trafiłeś na p(O)lke?

Włączasz komputer i chcesz w internecie znaleźć informacje na temat szydełkowania. Wpisujesz do wyszukiwarki słowo ¨haft¨  i, w niewyjaśniony dla Ciebie sposób, po kilku kliknięciach lądujesz na stronie ze zdjęciami z ostro zakrapianej imprezy. Jak ja się tu znalazłem? Co ja tutaj robię?  Tak pewnie myślą osoby, które jakimś trafem wylądowały na Polce, mimo ze  Ekwador nawet przez myśl im nie przeszedł, siadając przed komputerem…

Jest na blogu taka opcja, która pokazuje czego szukają ludzie, zanim internet skieruje ich na Polke.

Calkiem logiczne wydaje mi się (i cieszy) ze trafiają tu Ci, których interesują takie tematy jak:

polacy w Ekwadorze
roże ekwadorskie
jakie małpy są w ekwadorze
Amazonia
Kwiaty tropikalne

Mam nadzieje, że poszukujący znaleźli to czego szukali, a jak nie, to że mimo wszystko nie żałują.

Zastanawia mnie natomiast, ze na blogu lądują też rozglądający się za obuwiem i na Polkę kierowały ich takie hasła, jak:  

trapery na obcasie
buty dla świnki morskiej

I zupełnie nie mam pomysłu, jak nas internet skojarzył z:

dzieci spacerują na golasa
jak ich upewniałam ze nie


Spieszę donieść,  że w Ekwadorze świnki morskie nie spacerują w butach, a dzieci na golasa. Ani na odwrót. 

A ty, jak trafiłeś na p(O)lke? 

Prezenty ze Starego Swiata

Dzis dostalam prezent od kolezanki, ktora wlasnie wrociala ze Starego Kontynentu. Kapusta kwaszona i przyprawa do bigosu. Chyba troche przecenila moje umiejetnosci kulinarne, ale bedziemy eksperymentowac. Aby dostac sie do sledzika wystarczy odkrecic sloik i postawic na stol weselna zubrowke, ktora jeszcze mamy. I bedzie bardzo polsko, a jesli bigos wyjdzie to juz zupelnie biesiadnie.
Najciekwawsze jest to, ze prezent dostalam od Czeszki, ktora wrocila z Holandii i na polskiej ziemi jeszcze nigdy nie postawila nogi. Wiec dostalam polskie produkty, podwojnie importowane.
Moze ktos podpowie latwy przepis na bigos...taki ktory nie moze nie wyjsc, bo w Ekwadorze kapusta kiszona to niszowy produkt na wage zlota.

Polski folk na równiku

Wiesz, żeby było z jajem, ale bez przesadnego chaosu. W tamtym roku było ¨zasiali górale owies¨ i wyszło super, tylko nie mieliśmy dziewczyn, wiec w czterech facetów tańczyliśmy, a na próbach mało co się nie pozabijaliśmy. Kiedyś był tez polonez, ale widowni nudzi się już po minucie nasze chodzenie w kolko..nam zresztą tez...bo najważniejsze jest przecież dobrze się bawić. Widownia i tak nas kocha, bo wcześniej przez pól wieczoru pije z nami polska wódkę.
O stroje się nie martw. Wszystko mamy, patrz...stroje krakowskie, kaszubski, góralski, a ten to chyba szwedzki, ale to prawie jak z polskiego Pomorza. Wianki krakowskie? Mialem, ale się zgubiły na którymś z festiwali. Fartuchy? A z tym to była niezła historia. Sama Miss Ekwadoru kiedyś z nami tańczyła, a potem z Goralami z Chicago poszli na miasto na imprezę i im te stroje pokradli. Jej fartuch, a im ciupagi. No powiedz Ola, kto kradnie stroje ludowe??
Wiec mamy 5 strojów niekompletnych i 1 strój szwedzki tez niekompletny. Do wyboru masz tancerzy: 2 Polki, 1 Czeszka, 1 pół-Włoch, 2 Ekwadorczyków i jeden polski ksiądz, ale on z misji w dżungli przyjeżdża na dzień przed występem, wiec nie może być na próbach.
Ze spraw technicznych - scena 10x14m i 50metrowy wybieg na pokaz mody ludowej. Widownia 1500 osób, transmisja na żywo w telewizji publicznej! To co Ola, wymyślisz taniec? Tylko wiesz...żeby było z jajem, ale bez chaosu...


List do przyjaciół z Polski

Kochani Przyjaciele i inni Rodacy,

Mimo wielkiego uporu, walki o VOSOTROS, o kapcie w domu, buty na zewnatrz, o zegarek w glowie badz przynajmniej na reku, przyznaje sie zawczasu, ze udalo sie zekwadorczyc (P)Olke. Nie do konca, ale w wystarczajacej na pewno ilosci, by wyprowadzic z rownowagi rodzine i sprowokowac lawinowe ignorowanie moich telefonow przez znajomych.

Jakoze w czwartek wyladowalam na Okęciu, w planie mam nawiedzenie tych i owych, zaproszenie drugich i trzecich i generalnie nadrobienie zaleglosci z polskich plotkach kto z kim i komu sie cos urodzilo, pisze apel do Was wszystkich wyzej wymienionych:

Nie zwymyslajcie mnie, jak po raz piaty do Was zadzwonie lub napisze potwierdzajac nasze spotkanie. W innym przypadku Ekwadorczyk w ogole by nie traktowal umowionego trzy dni wczesniej spotkania na powaznie.

A potem nie obrazcie sie, jak przyjde na tak dokladnie umowioną kawę spozniona. Ale tylko troche. A jak przyjdziesz spozniony Ty, poczekam. Czekanie weszlo juz mi w krew i przyjmuje je wrecz z rozkosza (jesli nie pada). Od Was rozkoszy nie wymagam, ale ochrzancie mnie proszę umiarkowanie.

Nie wyproście z domu, jak w progu nie zdejmę butów - podetknijcie pod nos kapcie. Nie wycierajcie się jak Was bedę całować na powitanie, pożegnanie i  jeszcze kilka razy w bliżej nie uzasadnionych momentach.

Nie wyrzeknijcie sie mnie, jak źle wymówię słowo TRAGEDIA, w końcu tyle mi zajęło, by wymawiać G jako H.

Ale mam nadzieję, że żadna tragedia się nie stanie. Ewentualnie nazwę ją katastrofą bądź zabawną perypetią.

Do zobaczenia

Wasza (p)Olka









Polscy reżyserzy w Quito


Międzynarodowy Festiwal Filmów Dokumentalnych EDOC odbywa sie w Quito po raz jedenasty. Ekwadorczycy w tym roku zobaczą 9 polskich produkcji.

Po raz pierwszy w historii festiwalu, polskiemu kinu poświecono w całości jedną z dwunastu sekcji: ¨Marcel Łoziński: katalizator rzeczywistowsci¨, w której znalazło się 8 produkcji reżysera. W czwartek ekwadorska publiczność miała okazję zobaczyć trzy krótkometrarze: ´89mm od Europy¨, ¨Moje miejsce¨ i ¨Wszystko może się przytrafić¨, które sprowokowały szereg pytań, zarówno do autora, jak i do towarzyszącemu mu syna Tomasza, który chwilę wcześniej pojawił na ekranie w dwóch produkcjach swego ojca.
¨Najpiękniejszy jest cud rzeczywistości¨- wyznał Łoziński, zapytany przez publiczność, co jest najciekawsze w tworzeniu filmów dokumentalnych. - Dialogi kreowane przez życie nigdy nie przyszłyby mi do głowy przy pisaniu scenariusza¨. Za przykład podał scenę z nominowanego do Oscara w 1994 roku filmu ¨89mm od Europy¨, w której rosyjski mechanik stacji kolejowej, prosi małego Tomka, by dał mu buziaka.
Największe zainteresowanie wśród ekwadorskiej widowni wzbudził film ¨Wszystko może się przytrafić¨. Tutaj również pojawia się Tomek, obecnie 25-letni rzecznik prasowy jednego z paryskich muzeów. W filmie ma 6 lat i zachęcony przez tatę-reżysera jeździ hulajnogą po Parku Łazienkowskim. Między karmieniem łabędzi i gonieniem pawi, zagaduje siedzących na ławkach ludzi w podeszłym wieku.
Dlaczego jesteś stary? Kiedy płakała pani ostatni raz? Będziesz jeszcze żył, kiedy ja skończę 150 lat? Tymi i szeregiem innych pytań, Tomek prowokuje, że zaskoczeni ludzie odrywają się od lektury, czy jesiennego zamyślenia i opowiadają o swoich uczuciach.
¨Marzeniem każdego dokumentalisty jest uzyskanie odpowiedzi na podstawowe pytania. My, dorośli, zazwyczaj nie mamy cierpliwości słuchać ludzi starszych. Nawet jednego zdania do końca. A tu pojawia się ktoś, kto ich wysłucha i nie będzie oceniać. Dlatego tak chętnie otwierali się przed dziecięcą spontanicznością mojego syna¨ - opowiedział reżyser.
Polska kinomatografia reprezentowana jest na trwającym festiwalu również przez Macieja J. Drygasa, który do Quito przywiózł film ¨Cudze listy¨. Tytuł odnosi się do prywatnej korespondecji, która była czytana i cenzurowana przez władze ludowe od 1945 roku. Wyłania się z nich ciemny obraz komunistycznej Polski.
¨Publiczność ekwadorska doskonale odebrała reportaż, gdyż niezależnie od kraju, tematy poruszane w filmie: rozpacz, desperacja i walka przeciw ustrojowi, są uniwersalne i niezależnie od kraju i epoki, w której żyjemy¨- powiedział artysta.
Polscy reżyserzy mają nadzieję, że nie jest to ich ostatnia wizyta w Ekwadorze. ¨Chcielibyśmy z Maciejem zorganizować w Quito trzytygodniowe warsztaty kina dokumentalnego. Będziemy o tym rozmawiać z konsulem i rektorami ekwadorskich uczelni¨- wyznał Łoziński.
Miedzynarodowy Festiwal Kina Dokumentalnego EDOC organizowany jest w Ekwadorze po raz jedenasty. W tegorocznej edycji zgromadzono 121 produkcji z 37 krajów, podzielonych na 12 cześci tematycznych. Festiwal potrwa do 9 czerwca, a filmy zaprezentowane zostaną w Quito, Cuence, Guayaquil i Mancie.

Moj fryzjer nazywa sie Stalin i jest gejem


To pod jego nozyczkami tego dnia szkukalam schronienia od narastajacej od rana futbolowej histerii.
Bo jak w Ekwadorze gra reprezentacja, nawet mecz towarzyski, zadne tam kwalifikacje, to zawodnicy graja nie tylko na boisku, ale tez w komputerach pracownikow duzych korporacji, na billbordach na glownych ulicach, w telewizorach miejsckich autobusow, w eleganckich restauracjach i parszywych barach. Okrzki dopingu slyszy sie od rana w kazdym zakatku miasta, a koszulka z kolorami reprezentacji wystaje tak spod szkolnego mundurka, jak i prezesowi spod marynarki Gucciego.
Na spokojny spacer nie ma co liczyc, bo wuwuzelowopodobne piszczalki przebijaja bembenki w uszach, a w tej orkiestrze futbolowych dzwiekow glowne skrzypce graja babulki wykrzkujace czego to one nie sprzedaja - w kolorach narodowych oczywiscie.

Polka byla srednio zainteresowana, kto z kim gra i dlaczego, byla natomiast bardzo zainteresowana ucieczka od pochlaniajacej wszystkich histerii. I nagle olsnil ja Stalin. Nie radziecki. Ekwdorski. Moj fryzjer.
No bo wydalo mi sie, ze gdzie jak gdzie, ale salon fryzjerski, gdzie cala obsluga z wyjatkiem recepcjonistki to zadeklarowani homoseksualisci, bedzie najlepszym azylem od futbolowej goraczki.

Ulga, w koncu cisza i spokoj...Stalin byl w trakcie analizy czy moja grzywka lepiej ulozy sie na lewo czy prawo, gdy w salonie podniosl sie pisk jakby ktorejs z klientek obcieto nos albo jeden z fryzjerow skomentowal, ze chyba sie jej przytylo od ostatniej wizyty. Pisk byl gorszy od wuwuzeli i babulek razem wzietych. Obejrzalam sie za siebie i zobaczylam kilkanascie kobiet w papilotach, recznikach czy farbie na glowie z oczyma wlepionymi w plazme wiszaca w salonie. ¨GOOOOOOL¨ zapiszczaly jeszcze raz i zaczely obejmowac swoich fryzjerow, ktorym szczotki i nozyczki malo nie powypadaly z rak na zaslyszany okrzyk emocji.

Nici ze spokoju. Stalin najchetniej przelaczylby na powtorki ¨New Model¨, ktore zazwyczaj u niego leca, ale otwarty na potrzeby klientek zdecydowal sie na mecz. A Polka zapomniala, ze ekwadorskie kobiety sa fankami nie mniej zagozalymi niz mezczyzni, kazda ma swoja ulubiona ekipe i wiekszosc na jakims etapie zycia grala w szkolnej czy zakladowej pilkarskiej druzynie.
I nie zadaja pytan, tak bardzo dla Polki bliskich: o co chodzi z tym spalonym? ani do glowy im nie przyjdzie moje ulubione: to ile jeszcze do konca meczu?


P.S. Imiona w powyzszym tekscie nie zostaly zmienione. Stalin to imie dosyc powszechne w Ekwadorze. Nawet bardziej niz Lenin czy Darwin.

Szukam pikantnych inspiracji

Tak jak wiekszosc stolecznych Ekwadorczykow, Polka zazwyczaj robi zakupy w supermarkecie. No bo tak jest wygodniej: po melona nie trzeba isc na ryneczek, po make do dzielnicowego piekarza tez nie. W supermarkecie wystarczy siegnac reka na polke, a tam wszystkiego jest pod dostatkiem. Niekiedy az pod zbytnim dostakiem, z ktorym nie wiesz co zrobic.

W przeciwienstwie do ryneczku, niektore warzywa i owoce w supermarkecie popakowane sa w gotowe porcje:  zapewne dla zwiekszenia satysfakcji konsumenta, bo zapakowane w foliowym woreczku jablka czy sliwki zwinnie i lekko laduja w wozku. Poza tym juz nie musisz myslec ile chcesz gruszek: zadecydowal za Ciebie supermarket i zapewne kupisz ich nieco wiecej, niz sam mialbys wybierac ich liczbe.

Domyslac sie moge, ze porcje te ustalil szef marketingu, zlecajac doglebna i kosztowna analize potrzeb zywieniowych przecietnej ekwadorskiej rodziny. Z badan tych musialo wyniknac, ze owa rodzina potrzebuje kupic naraz 8 glowek czosnku i na pewno jej sie polowa nie zmarnuje tak jak Polce. Co ciekawe, czosnek mozna tez kupic juz obrany, tyle ze w najmniejszej oferowanej przez supermarket porcji jest 50-60 zabkow . I co z ta iloscia ma zrobic nieuwzgledniona w statystykach Polka, ktorej gospodarstwo domowe, jest od 3 do 5 razy mniejsze niz przecietna ekwadorska rodzina?

Ofiara powyzszych badan, jesli nie sa jedynie moim wymyslem, padly rowniez: imbir i papryczka chilli. Z nieoficjalnego wywiadu dzielnicowego napredce przeprowadzonego przez Polke wynika, ze imbiru nie uzywa nikt w promieniu 5km, wiec nie wiem czym sie sugerowal supermarket pakujac korzen w schludne, aczkolwiek kilogramowe opakowanie. Moze z juka im sie pomylilo, bo w sumie troche podobne.

Papryczke chilli, zwana lokalnie AJI (ahi) owszem je sie w serwowanych zawsze i wszedzie pikantnych sosach, ale czy to od razu uzasadnia oferowanie konsumentom minimalnego pol-kilogramowego worka? Ja sie pytam co z singlami, obcokrajowcami albo studentami, ktorym jedna pikantna jak diabli papryczka wystarczy na przyprawienia posilkow z calego tygodnia? Ano odpowiedz jest taka, ze single mieszkaja i jedza u mamy, studenci jak wszedzie na swiecie dostaja walowke, a obcokrajowcy stoluja sie w restauracjach.

A Polka siedzi nad workiem z chilli i szuka kulinarnych inspiracji.

Równikowe słońce

Weekend byl cieply, ale nie goracy. Czesciowe zachmurzenie, wiatr umiarkowany, momentami chlodny. Jak to w gorach. Na termometrze dochodzilo do 20 stopni. Taki klimat zawsze przypomina (P)Olce polska wiosne. I tak jak w trakcie polskiej wiosny, (P)Olka wystawiala buzie do slonca, gdy tylko sie ono pojawialo. Tak milo delikatnie grzalo.

Dziwila sie Ekwadorczykom, ze nie podzielaja jej radosci z kazdego pojawiajacego sie promienia i chowaja sie za duzymi kapeluszami - sombreros albo spedzaja najmilsze popoludniowe godziny w zamknietych pomieszczeniach.

Ale jakis powod ku ich zachowaniu musial byc i (P)Olka miala go odkryc dopiero nastepnego dnia. I to odkryc doslownie na wlasnej skorze, gdy obudzila sie z pieczeniem lopatek, rak od lokcia do nadgarstkow i wszystkich innych czesci ciala, gdzie wiosenne ubranie nie docieralo. Poszla do lazienki, a z lusterka zerkal na nia rak, a nie (P)Olka.

No i wraz z rakiem na twarzy pojawilo sie olsnienie, ze Ekwadorczycy wcale nie przesadzaja mowiac ze ich slonce parzy. Nawet jak jest za chmura, nawet jak go prawie nie ma, to i tak prostopadle spadajace promienie znajda sposob, by do ciebie dotrzec. Im wyzej w gorach, tym na rowniku chlodniej i tym samym przybywa europejskich, bialych twarzy wystawionych ku niebu. I tak samo jak (P)Olka nastepnego dnia witaja sie z rakiem w lusterku i ida do apteki kupic krem z filtrem 100 UVB.

Ekwadorczycy (przede wszystkim mieszczuchy), mimo ze maja ciemniejsza karnacje niz statystyczna (P)Olka, maja w zwyczaju przy porannej toalecie nakladac na twarz filtr blokade, nawet jesli wybieraja sie tylko do swojej biurowej pracy i na swiezym powietrzu beda maksymalnie godzine.
Przeraza ich wizja bycia rakiem. Idac ulica zawsze wybieraja strone z cieniem, pozostawiajac strone nasloneczniona dla wszystkich gringos, ktorym przy temperaturze 20 stopni, nie przyszlo rzecz jasna do glowy posmarowac sie kremem. We wszystkich autobusach, nawet miejskich, sa zaslonki, a okulary przeciwsloneczne Ekwadorczycy maja zawsze przy sobie i wkladaja je juz od 8 rano (slonce jest tak wysoko jak w Europie o 12).

Ktoregos dnia (P)Olka przyszla do pracy szczesliwa, ze chwycila troche slonca i nabrala kolorkow. W Polsce w listopadzie wzbudzilaby zazdrosc swoimi zarumienionymi policzkami. Tutaj wszyscy jej wspolczuli i pytali gdzie sie tak spalila.

Madra rada:
Jadac do Ekwadoru, wez ze soba krem z filtrem, albo jeszcze lepiej oszczedz miejsce w plecaku i kup krem na miejscu. I nakladaj go codziennie, szczegolnie w Quito. Tutaj, ze wzgledu na polozenie na ponad 2800 m. n.p.m. nie czuc upalu, niekiedy jest wrecz chlodno, wiec bardzo kusi pospacerowac na sloncu w przerwie obiadowej. Ale wystarczy pol godziny takiej naslonecznionej uczty i wracasz do biura ze spalonym, jaskrawo rozowym...przedzialkiem na glowie. I niewazne czy jestem blondynem czy brunetem, taka krecha nikomu nie jest do twarzy.






EURO12 na równiku


Wieści o EURO12 dotarły do równika. Jednak Ekwadorczycy śledzili europejskie mecze bez większych emocji. Dlatego, że w tym samym czasie były eliminacje do mundialu, a poza tym inna strefa czasowa sprawia, że mecze zaczynały się tu o 11 rano. Mimo to, (P)Olka kibicowała dzielnie, informowała niedoinformowanych, że Euro odbywa się w Polsce i te piękne stadiony są właśnie nasze. I że piękny Lewandowski, który tak się Ekwadorkom podoba to średniak w porównaniu do przeciętnego Polaka ;)

W dzień meczu z Czechami wybrała się ze znajomymi do pubu sportowego, w którym dzięki wywieszonym europejskim flagom czuło się chociaż pierwiastek pierwiastka warszawskiej strefy kibica. Tego dnia w Quito padało tak samo jak na wrocławskim stadionie. (P)Olka i Czeszka jako jedyne w barze dopingowały swoje drużyny. W przerwie (P)Olka nauczyła znajomych Ekwadorczyków krzyku bojowego "Polska, biało-czerwoniii", ale jak się okazało na niewiele to się zdało. Po drugim Mojito nasi przegrali i przyszedł czas na kolejną lekcję polskiego. Ekwadorczycy wyszli z pubu śpiewając raźnie: "Nic sie nie stalo, Polacy nic sie nie stalooo". 


HALO EUROPA, JAKI U WAS WYNIK? 

Dinero czyli money

Nie jest łatwo być na równiku i mieć konto w polskim banku. To znaczy konto jest mieć łatwo, ale aktywnie z niego korzystać już nie bardzo. 
Gdy (P)Olka chce zrobić przelew internetowy, w ramach bezpieczeństwa transakcji bank wysyła jej kod smsem. Niestety na polską komórkę, która w Ekwadorze nie działa.
-Czy mogą państwo wysyłać na numer zagraniczny?
-Niestety nie. 
-Czy mogą państwo wysyłać drogą mailową?
-Niestety nie. 
-Czy mogą dać mi państwo papierowy karnecik z kodami, taki jak dawał kiedyś inny polski bank?
-Niestety nie, naszą specjalnością jest bankowość elektroniczna

Pani z call center dała jej jasno do zrozumienia, że o przelewach może zapomnieć.
OK, są jeszcze bankomaty. (P)Olka była szczęśliwa, że bank ma całkiem niezły przelicznik walutowy i nie nalicza jej prowizji, za wyciąganie pieniędzy z ekwadorskich ścian (co innego ekwadorskie banki, do których te ściany należą). 
Zadowolona była, aż do momentu, gdy okazało się, że karta bankomatowa jest zablokowana. 
-Co było przyczyną zablokowania karty?
-Bezpieczeństwo. Mamy zarejestrowane, że ostatnia transakcja zrealizowana była w Ekwadorze!
-Zgadza się, tak jak kilka poprzednich. 
-Czyli potwierdza Pani tę transakcję?
-Tak

Po odblokowaniu karty, Pani zaproponowała, aby przy kolejnym korzystaniu z infolinii (P)Olka użyła 6-cyfrowego telepinu. Ominie wtedy długi proces weryfikacji danych. 
-Bardzo chętnie, jak mogę dostać telepin? 
-Wyślemy do Pani smsem. 
Na polską komórkę oczywiście. 

Kalmary na balkonie

Podczas weekendowej wycieczki do supermarketu, w dziale rybno-serowo-mięsnym, (P)Olka wypatrzyła duże, białe, obślizgłe, świeżutkie kalmary. W ekwadorskim sklepie to jedne z najtańszych owoców morza (ok $3 za kilogram), tańsze niż kurczaki, tańsze niż zamrożone rybne filety. Poprosiła o 300g, nie mając pojęcia co z tym zrobi. Nigdy nie gotowała kalmarów, więc nie wiedziała, czy lepiej je piec, smażyć czy gotować. Ważne, że pamiętała smaki z ekwadorskiej plaży i chciała je powtórzyć u siebie w domu. 
No i od czego ma się internet! Dzięki kulinarnym blogowiczom, znalazła przepis, który wywołał uśmiech na twarzy. Oczywiście trzeba go było zmodyfikować, biorąc poprawkę na zawartość lodówki i braku w niej orzeszków pinii, suszonych daktyli i innych rarytasów. 

Kalmara pokroiła i zostawiła na 10 minut w marynacie (sos sojowy, ocet winny, olej sezamowy tahini- po łyżeczce każdego). W międzyczasie zmieszała porwaną sałatę ze szpinakiem i pomidorem. Jak już kalmar odstał swoje, smażyła go około 5 minut i wyłożyła na przygotowaną wcześniej sałatkę. Wszystko polała sokiem z limonki (w polskich warunkach byłaby to cytryna) i posypała prażonym ziarnem sezamu.
Do tego ładny widok z balkonu i zadowolenie z obiadu gwarantowane!






Test analityczno-procentowy

Jednym z etapów procesu kwalifikacyjnego do renomowanej ekwadorskiej firmy miał być test analityczny. (P)Olka odszukała na twardym dysku esgiehowe materiały i testy i spędziła kilka godzin na treningu matematycznym. W dniu owego testu, nieco poddenerwowana, nadgryzła długopis gdy podano jej kartę z pytaniami

-Jaka jest średnia liczb 0, 100, 200, 400? 

Przeczytała jeszcze raz pytanie, bo może czegoś nie zrozumiała. W końcu test był po hiszpańsku, ale jakby nie tłumaczyła, wynikało jasno, że proszą o wyciągnięcie średniej z tych czterech liczb. Ok, może po takiej umysłowej rozgrzewce przyjdą trudniejsze pytania. Przyszły procenty i trzeba było uzupełnić zdania: 

- 25% liczby 48 to...
- 20 to 2% liczby...

(P)Olka szukała jakiegoś haczyka, albo podwójnego sensu, ale nie znalazła. Pytaniami z kategorii "cwanych bliźniaków" okazały się:

-750 to ile procent liczby 150 ?
i 
-150 to ile procent liczby 750 ? 

a zadaniem rodem z matury rozszerzonej: 
-Jeśli A>B i B>C to A+B jest większe, mniejsze czy równe C? 

Potem były kolejne trzy rachunki, które (P)Olka z wrażenia zapomniała. Nie zapomniała jednak matematycznego policzka, które dało jej ostatnie pytanie:

"Chcesz kupić produkt za $100 i masz 25% zniżki. Ile zaoszczędzisz?" 

UWAGA! Kto pierwszy poprawnie odpowie na wszystkie pytania, temu (P)Olka przywiezie prezent z Ekwadoru. 

P.S. Można korzystać z kalkulatora


P.S.2 Zadanie bonusowe:
Ekwadorski rum ma 37,5% alkoholu. Jeśli wypijesz 2 Cuba Libre to ile % alkoholu będzie miał rum, który pozostał w butelce?




Cotopaxi - nielekki spacer po wulkanie



Jedziemy w sobotę na Cotopaxi? - zaproponowała Czeszka. (P)Olka nie wiedziała do końca co kryje się za kryptonimem "Cotopaxi", ale brzmiało to jak dobry plan na weekend. BŁĄD. Po dopiero tygodniowym pobycie w Ekwadorze i braku aklimatyzacji wysokościowej, plan Cotopaxi nie jest dobry. Ten plan nazywać się będzie Sorocze.

Cotopaxi to najwyższy aktywny wulkan świata. Na dodatek o formie tak idealnej, jak w książce przyrodniczej dla dzieci. To 6-tysięcznik, ale tym razem mieli wejść jedynie do schroniska położonego na wysokości 4.800m i do brzegu lodowca. (P)Olka przygotowała się psychicznie na całodniowe podejście, spakowała rękawiczki, czekoladę, butelkę wody. Szlak na pewno miał być długi. Była w Ekwadorze dopiero tydzień i miała prawo nie wiedzieć, że tutaj, wejście do schroniska na 4.800m.,oznacza start z parkingu położonego o 400m niżej. No tak, leniwi latynosi...- pomyślała wysiadając z samochodu. 
z parkingu widać było schronisko-
cel wspinaczki i lodowiec
Z parkingu widać było doskonale cel wędrówki - żółty dach schroniska. I jeszcze się pytają, czy chce drogę łatwiejszą czy trudniejszą."Też mi wyprawa, za pół godziny tam będę" - pomyślała i zaczęła maszerować. Zbyt ochoczo, zbyt żwawo, zbyt szybko. Dostała zadyszki po 10 krokach. Po kolejnych 10 zakręciło jej się w głowie jak po trzech piwach. Po kolejnych 5 serce zaczęło kołatać jak u nastolatki zakochanej w Bradzie Pidzie. O co chodzi?? Nie dała rady ruszyć nogi z miejsca. 


Wtedy po raz pierwszy usłyszała, że złapało ją SOROCZE, czyli w lokalnym języku choroba wysokościowa. Pojawia się podobno już powyżej 2.400m., ale mimo że Quito położone jest wyżej, nie odczuła jej efektów tak bardzo. Tutaj z każdym metrem (P)Olka bladła coraz bardziej i co chwilę przystawała, żeby odpocząć i chociaż trochę uspokoić rytm serca. Rozrzedzone powietrze sprawiało, że płuca prosiły o więcej tlenu niż mogła im dostarczyć.




Do schroniska doszła po dwóch godzinach, wyczerpana jak nigdy. Regeneracji sił pomogła ciepła zupa, czekolada, herbata z liści koki (zakazana w Ekwadorze, ale kolega miał z Boliwii) i oddychanie...powolne, głębokie. Kiedy w głowie kręciło się tylko na tyle, że mogła iść nie tracąc równowagi i kiedy przestała bladością straszyć ludzi, zaczęła dalszą wspinaczkę, bo chciała dotrzeć do lodowca. Już był tak blisko, trochę poświęcenia i będzie mój - pomyślała.

Po odpoczynku w schornisku, pokonanie około 200 metrów, które dzieliły ją od lodowca, okazało się dużo łatwiejsze i w końcu (P)Olka miała siły rozejrzeć się dookoła. Wokół siebie miała czerwone zbocza wulkanu, zero roślinności. Tajemnicze widoki sprawiały, że miała wrażenie, że schodzi wgłąb Ziemi, a nie wspina się na jej dach. I ta cisza, głęboka i przejmująca...Którą przerwały nagłe krzyki! Pewnie ktoś zemdlał, albo wyskoczyło mu oko - słyszała już o takich historiach. Jak za szybko się biega po wulkanie, to ciśnienie w oku jest dużo większe niż na zewnątrz i jak różnica nie zdąży się wyrównać to gałka może wyskoczyć.
Krzyki te były jednak zbyt radosne jak na poszukiwanie zgubionego oka i wkrótce dotarły do jej uszu słowa: "Śnieeeeeg"! Ludzie łapali małe płatki w ręce i pokazywali sobie delikatne gwiazdki. Hmm, faktycznie padało, ale był to raczej taki śnieg listopadowy, pół na pół z deszczem i rzadkie płatki od razu się topiły. Jednak w Ekwadorze śnieg możesz zobaczyć jedynie na takich wysokościach, więc dla większości z obecnych ludzi, był to pierwszy raz w życiu kiedy widzieli spadający z nieba biały puch. Więc i radość była duża. (P)Olka większą radość miała, jak minąwszy jeden z zakrętów, wyłonił się przed nią lodowiec.




Mimo chmur i niedoskonałej przejrzystości, widok był wart przecierpienia wszystkich symptomów sorocze. Lód pięknie kontrastował z czerwoną  skałą. Szacunek dla natury -stwierdziła z pokorą (P)Olka i poszła pochodzić po tym największym jakie w życiu widziała lodowisku.




Zejście w dół było dużo przyjemniejsze, z każdym metrem mieli więcej energii, więcej tlenu. Ale soroche nie daje o sobie łatwo zapomnieć i trzyma jeszcze do 5 godzin po pobycie na takich wysokościach.






Aby dojść do szczytu wulkanu i spojrzeć kraterowi w zęby, trzeba mieć przeszkolenie i odpowiedni sprzęt. I nauczyć się oswajać każdy pokonywany metr. To jeszcze przed (P)Olką. Póki co była szczęśliwa, że była ponad chmurami, na prawie 5 tys. metrów nad poziomem morza i cieszyła się jak dziecko, że po raz pierwszy w życiu widzi lodowiec.




Papa Polaco i Jerzy Stuhr, czyli POLSKA po ekwadorsku

Wchodzi (P)Olka do kina w Quito, a tam Jerzy Stuhr. Na dużym ekranie oczywiście. We włoskim komediodramacie "Habemus papam - mamy papieża", wciela się w rolę rzecznika rasowego Watykanu - Marcina Rajskiego. Film zabawny, przejmujący, a Pan Stuhr jak zwykle doskonały - według Ekwadorczyków najlepszy aktor tej produkcji. (P)Olka nie posiadała się z dumy. Na dodatek, powiewające na ekranie biało- czerwone flagi dopełniły polskości tego wieczoru. 

PAPIEŻ I JERZY STUHR we włoskim filmie
w ekwadorskim kinie.
 źródło: www.ochoymedio.net
Nie jest to jedyny przykład, gdy polski aktor czy reżyser pojawia się w ekwadorskim kinie. Niejeden Ekwadorczyk potrafi zaskoczyć recytując z pamięci całą filmografię Kieślowskiego czy Polańskiego. 
Poza tym, jednym z filmów inaugurujących  tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Kina Dokumentalnego, jest "Argentinian Lesson" Wojciecha Staro. 

Jednak jakkolwiek dobra nie byłaby polska kinematografia, pałeczkę sławy w Ekwadorze dzierżą nie aktorzy i reżyserzy, ale... no dobra, niespodzianki nie będzie żadnej jak powiem, że jest to....


JAN PAWEŁ II

Każdy kto był w kraju, gdzie większość ludności to rzymsko- katolicy, wie jak pozytywne reakcje stwarza powiedzenie, że jest się z Polski. Podobnie jest w Ekwadorze. Ludzie co bardziej religijni pokazują obrazki z wizerunkiem Jana Pawła II zawieszone na lodówce lub te schowane w pierwszej szufladzie przy łóżku. Opowiedzą ze łzami wzruszenia, jak to Papa Polaco (polski papież), przyjechał do Ekwadoru, jaki był dobry i charyzmatyczny i że na pewno wszyscy Polacy muszą być tacy. I (P)Olka znowu nosi się dumnie. 
Jan Paweł II odwiedził Ekwador po pierwszy i ostatni raz w 1985 roku. Msza odbyła się w głównym parku Quito i tam, do dziś stoi postawiony z tej okazji Cruz de Papa (Krzyż Papieża).
Obecnie Cruz de Papa, jest charakterystycznym miejscem spotkań i punktem wyjściowym do rozpoczęcia treningu lekkoatletycznego.
Jan Paweł II pozostał w pamięci Ekwadorczyków na tyle, że część nie wie jak się nazywa papież obecny i tłumaczą to tym, że "Niemiec nie jest taki dobry".
No nic, może dzięki temu tak łatwo jest (P)Olce uzyskać przychylność niejednej babci. Wystarczy nauczyć ją poprawnie wymawiać Caroll Łojtila.

INNE NAZWISKA 

Od wielkiego święta któremuś Ekwadorczykowi przypomni się Wałęsa, albo nazwiska tak zawiłe, że (P)Olka miło wytężania umysłu rozszyfrować nie potrafi. Niekiedy jednak się udaje.

-Skąd jesteś? - zagadał mężczyzna przysiadając się na ławce
-Z Polski.
-"Cześć, jak się masz?" - odpowiedział po polsku z całkiem niezłym akcentem, -Miałem polską narzeczoną, Jagoda, szalona kobieta. Lubiła wypić piwo i potem śpiewała piosenki po niemiecku. To były dobre czasy. Mam jeszcze jedną przyjaciółkę z Polski. Nazywa się Martina i jest dziennikarką.Bardzo sławną.
(P)Olka zrobiła w głowie przegląd polskich dziennikarek,  którym na imię byłoby Martina. Albo równie dobrze Marta, Maria czy Martyna.
-Pamiętasz nazwisko?
-Łojciekofska
To zagadka była łatwa.
-Znasz Martynę Wojciechowską??? -(P)Olka nie potrafiła ukryć radości
-To moja przyjaciółka. Oprowadzałem ich po Quito, jak przyjechała z grupą znajomych. Ale chyba jest bardzo zapracowana, bo nie odpowiada na moje maile.

Po chwili odszedł zadowolony, że do grona jego przyjaciół dołaczyła kolejna Polka - Alexandra ...jakośtam.



Promocja filmu Wojciecha Staro na stronie internetowej
ekwadorskiego kina niezależnego Ocho y Medio



Kawa w wodzie

" Quiere cafe en agua o leche?" zapytała kelnerka w małej nadmorskiej restauracji. Wbudowany w głowie (P)Olki słownik przetłumaczył pytanie dosłownie "Chcesz kawę W wodzie czy W mleku?" i stwierdził, że takiego sformułowania jeszcze nie słyszał. Pewnie kelnerce chodziło o to, czy chce kawę z mlekiem czy bez. BŁĄD. Jej chodziło dokładnie o to, o co zapytała.
(P)Olka poprosiła o kawę z mlekiem.

Po 10 minutach kelnerka przyniosła zamówione śniadanie: jajecznicę, patacones, czyli smażone placki z zielonego banana, sok z papai i kubek wrzącego mleka. Nieco zdziwiona, bo z picia mleka do śniadania już dawno wyrosła, (P)Olka zapytała o kawę. Dziewczyna z roztrzepanym uśmiechem rozejrzała się wokół jakby czegoś szukała i przyniosła jej z innego stolika kawę...rozpuszczalną Nescafe w słoiczku.
Po chwili (P)Olka zrozumiała sens jej pierwszego pytania. W zależności od tego co wybierzesz, dostaniesz kubek gorącego mleka lub wody i kawę musisz sobie w nim rozpuścić sam. W takiej sytuacji kawa dosłownie jest W wodzie lub W mleku.


Dla tych, co nie przepadają za kawą rozpuszczalną, ale bez tego napoju nie wyobrażają sobie rozpocząć dnia, poleca się wypróbowanie opcji z mlekiem. Zamiast rozpuszczać kawę w wodzie i potem dodać mleko, od razu wsyp kawę do mleka..tylko jedną łyżeczkę więcej niż zazwyczaj.




Pożądnie parzoną kawę można dostać w Ekwadorze jedynie w regionie Andyjskim. Na wybrzeżu i w Amazonii jeśli piją (a i to nieczęsto) to jedynie rozpuszczalną. Więc na kawkę...do stolicy!


Domknąć walizkę

(P)Olka przyjrzała się posępnie niedomykającej się walizce. Na te 30 kilogramów, które miały jej towarzyszyć przez najbliższy rok. Jakby nie próbowała, nie było mowy o domknięciu dużej czerwonej dwuzamkowej. Coś musi zostać.
Odwiesza jesienną kurtkę do szafy. W końcu na równiku jest gorąco.
Koszule z długim rękawem zamienia na te z krótkim. W końcu rękawy ważą.
Śpiwór zostaje. W końcu kto wie gdzie będzie spała podczas egzotycznych wypraw, które na pewno ją czekają.
Wyjmuje dwie pary spodni. W końcu coś sobie tam kupi.

Rzuca okiem na buty i postanawia, któreś wyrzucić. Zaczęła się zacięta walka o miejsce w walizce, walka obcasów z sandałami, klasyków z tymi tylko na imprezę i tymi "no-jak-ich-nie-zabrać". Odrzuca adidasy i zostawia trapery, bo w końcu w nich będzie lepiej chodzić po górach. 

Mówi się, że podróże uczą. Na pewno uczą pakować walizki.
Mieszkanie w Quito na wysokości ponad 2.800 metrów n.p.m. znacznie obniża temperatury równika. Już w pierwszym tygodniu (P)Olka zatęskniła za kurtką i rękawami.
Spodni nie kupiła przez rok, bo sprzedawane tutaj są na nią za krótkie. Śpiwór upchnęła w najdalszy kąt szafy, po dwóch pierwszych wyprawach, kiedy się okazało, że nawet w hostelach za $4 masz pościel i ręczniki, a w dżungli jedyne czego potrzebujesz to hamak i prześcieradło.

Los chciał, że trapery się zakurzyły, bo na 4-tysięczniki weszła w trampkach i w tych samych trampkach - z braku adidasów - przebiegła pierwszy w życiu ćwierćmaraton.

Welcome to Ecuador :)